Zbliża się weekend, za oknem
około 30 stopni, w pokoju, w którym pracuję podobnie. Nie pomagają wiatraki, na
zmianę otwierane i zamykane okna i drzwi, nie pomaga zimna woda, która od +4
stopni C pokonuje opór materii w czasie, aby w ciągu pół godziny osiągnąć co
najmniej +24 stopnie C, a w ciągu kolejnych godzin temperaturę pokojową, czyli
w moim wypadku +30. Upał. Korzyść z niego jedynie taka, że bez problemu udaje
mi się zachować urlopowy nastrój. Wspomnienia z tegorocznego urlopu wspomagają
też zdjęcia, które od dnia powrotu do pracy, staram się wieczorami przejrzeć,
posegregować, podocinać oraz ułożyć w album… Pisałam, że fotograf ze mnie
żaden, ale pasja swoje prawa ma ;-) Co roku staram się z uchwyconych aparatem
chwil ułożyć OPOWIEŚĆ, niekoniecznie ciągłą, niekoniecznie ze wszystkimi
zakończonymi wątkami, ale jednak przemyślaną, ułożoną wg tylko mi znanych
reguł, opowieść, którą potem wtłaczam w fotoksiążkę – moją miłość i
przekleństwo ;-) Całe wieczory potrafię siedzieć i układać zdjęcia tak, aby
MÓWIŁY, bez konieczności użycia słów. Czasami się nie da, czasami trzeba
popełnić przypis, adnotację, dopowiedzenie oglądanej historii, ale kiedy mogę
nie używać słów… jestem z siebie dumna, bo chociaż na chwilę udaje mi się
zmienić sposób komunikacji, bez tłumaczenia połączyć obraz, treść i emocje…
jest to rzadkie, a nawet bardzo rzadkie zjawisko, ale czasami się udaje ;-)
Dla zachowania wspomnień kilka
migawek z Caorle, małego włoskiego miasteczka w pobliżu Wenecji. Miłego
weekendu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz