Zanim wejdę do domu, jeszcze
przez chwilę bawię się jak w dzieciństwie w „Ciepło – Zimno”. Zimne mam stopy
stojące na terakotowych schodach śpiącego na ziemi tarasu. Owiewa je chłodne,
nocne powietrze, uciekające w popłochu przed nadchodzącym słońcem, chłód czuję
w okolicy kolan i ud, głowę natomiast mam gorącą, zanurzoną w słonecznej
koronie. Przez chwilę składam się z dwóch części: ciepłej i zimnej, jestem jak
termiczna figura karciana, góra jest jasna i gorąca, dół zimny i mroczny. Gdy po
krótkiej walce światło i ciepło ogłaszają zwycięstwo, czuję, jak mrok pełznie powoli
po moim udzie i wsącza we mnie, ocierając się niby od niechcenia o serce…
Wracam do domu. Siadam pod
drzwiami pokoju mojego synka. Jak co dzień przykładam do nich dłonie, przytulam
policzek i czuję jego ciepło oraz rytm spokojnego oddechu. Drzwi nieznacznie
uginają się oddając siłę uderzeń jego serca. Przepełnia mnie miłość, która zaskakuje
mnie każdego dnia. Czy tego chce, czy nie – płaczę, płaczę z radości, ze
smutku, ze strachu i w nadziei, te drzwi widziały więcej moich łez niż lustro,
słyszały więcej modlitw niż niejeden ołtarz. To moja jedyna chwila słabości.
Chwilę później w samochodzie otwieram
okna i oddycham głęboko ciągle chłodnym powietrzem poranka, wzbogaconym benzynowymi
oddechami drzemiących w ciszy samochodów. Przekręcam klucz w stacyjce i słyszę
cichy pomruk budzącego się silnika. Włączam muzykę i ruszam. Słońce świeci mi prosto
w twarz. Powoli, z półotwartymi powiekami nabieramy prędkości. Na ramionach,
twarzy i szyi czuję wiatr. Muzyka, narastająca z każdą minutą, zagłusza myśli i
lęki, usypia wczorajsze niespełnione marzenia i zawiedzione nadzieje. Zeruje
mnie. Jedna z bohaterek czytanych przeze mnie książek, szukała swojego słowa,
słowa, które jako jedyne opisało by ją najdokładniej. Jej słowo to: ATTRAVERSIAMO, moje - DROGA. Droga
bez celu, bez czasu, bez konieczności. Świat i ludzie zdarzający się w trakcie.
Zawsze ważni, interesujący, barwni, z historiami i opowieściami, które trudno
byłoby wymyślić. Uwielbiam być w drodze, podczas której mam czas na herbatę z
malinami w przydrożnym barze i na rozmowę z człowiekiem liczącym drzewa w
Bieszczadach, badającym i przywracającym do życia zapomniane łemkowskie wsie,
organizującym koncerty jazzowe w bieszczadzkiej kawiarni z kawą i wyborem win, jakich
nie powstydziłyby się najlepsze francuskie restauracje. W drodze czas zaczyna
inaczej płynąć, a ja wysłuchuję opowieści o umierającym ojcu bezgłośnie
wybaczającym córce lata milczenia, o pilocie który ratuje życie córki
przyjaciół, przywożąc w żołądku eksperymentalny lek na raka, o utraconym i
odzyskanym wzroku poznańskiego taksówkarza, o rodzinnych tragediach i
spełnionych marzeniach. I choć nie pamiętam imion bohaterów wysłuchanych historii,
to pamiętam ich twarze oraz budującą się między nami intymność, umożliwiającą
mi poznanie fragmentów ich życia.
Droga i te pierwsze godziny dnia
są tylko moje i muszę zmieścić się w nich cała. Z każdym kilometrem nabieram
rozpędu i sił na kolejny tydzień. Gdy około 10:00 piję kawę z mlekiem w
przydrożnym barze, wiem że zaczynam od początku, a skoro tak, to zanurzając
usta w gorącym płynie ciekawie rozglądam się za kolejnymi historiami.
blueme
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz