- Mamu TO! – krzyczy Mały i przedziera się przez zapadające w zimowy
sen rośliny, otaczające niedyży plac zabaw na tyłach Karczmy.
- To jest statek – odpowiadam, uśmiechając się do tyłu oddalającej
się szybko głowy Malucha.
- Statek!!! Tam, ja, szybko – wyrzuca z siebie i już pędzi po bruku na złamanie karku.
- Statek!!! Tam, ja, szybko – wyrzuca z siebie i już pędzi po bruku na złamanie karku.
- To nie statek – prostuje moja przyjaciółka O. – To żaglowiec – piracki żaglowiec!
Młody staje i patrzy na nas
przeciągle.
- Mama, to alowiec! Acki, żlowiec! – z poważną miną poucza mnie moje
dziecko, po czym tup, tup, tup wspina się po nieregularnej drabince,
prowadzącej na pochylony na lewą burtę „wrak”. Jeszcze trzy miesiące temu,
musiałam mu pomagać, a teraz… teraz nadążyć za nim nie mogłam. Wszędzie było go
pełno, a najwięcej przy kole sterowym. Nie wypuszcza go z rąk, do momentu, jak uderzył
się w nos rumbem – Witamy na pokładzie Majtku!
O. natychmiast wymyśliła zabawę w szukanie skarbu, który wypłynął z wraku (dookoła konstrukcji, lekko zakopane, stały drewniane para-skrzynie, imitujące uwolnione z ładowni kufry). o. stanęła tuż przy Młody i krzyczy co sił w płucach:
- Panie Kapitanie, Panie Kapitanie! Statek tonie! Trzeba uciekać i
ratować skarby w skrzyniach!
Dopiero się zaczęło! Mały biegał
po roztrzaskanym pokładzie próbując zejść jak najszybciej do „tonących” skrzyń
i krzyczał, jakby rzeczywiście walczył z falami i nasilającym się wiatrem:
- Mamaaaaa, statek! Tonie! Skrzynie tam! Ratować! Mama!!! Maaaaaaaaama!!
Ratować skrzynie!!! Plosie!
Biegaliśmy i my, próbując
uratować „odpływające” skarby. No, ale jak tu uratować zakopaną w ziemi
skrzynie? Nie dało się jej podnieść, nie dało się jej przesunąć, nie dało się
jej otworzyć. Zostało tylko jedno.
- Panie Kapitanie – będę jej pilnować, żeby nie zatonęła aż znajdziemy
ląd! – krzyknęłam sadowiąc się na skrzyni i rozglądając dookoła z dłonią
nad oczami w poszukiwaniu linii brzegowej najbliższej wyspy.
Radosny nastrój Młodego udzielił
się nam wszystkim, wspinaliśmy się, wieszaliśmy na linach a Szanowny M. z radością
oddawał się wspomnieniom na huśtawce, O. natomiast zaczęła od abordażu na
tonącą kryptę Młodego, a skończyła na jednej z najbardziej znanych scen z
„Titanica”. Tak, tak tej na dziobie ;-) z wiatrem i słońcem na twarzy oraz
ramionami gotowymi do odlotu. Ja tarzałam się po piasku robiąc im wszystkim
zdjęcia i oczywiście pilnując skrzyni.
Morskie przygody tak nas
zmęczyły, że zapragnęliśmy odrobiny ciepłą przy ognisku, a Młody zażądał wołu z
kopytami i porcją frytek – Mama, ja
mniam, mniam. Duuuuuuuużo!!! - taki był głodny. Co prawda wołu nie było,
ale dostał talerz rosołu i rzeczywiści solidną porcję frytek, którą zjadł sam,
nie oddał nam ani kawałka ;-) My, ponieważ nie było grogu ;-), zadowoliliśmy
się herbatą z konfiturą z malinami, mniam, zapomniałam, jakie to może być
dobre.
Blueme
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz