poniedziałek, 15 października 2012

Acki, żlowiec! - Łapiemy słońce!


 Łapiemy słońce! Ostatnie dni były piękne i nawet lekki wiatr nad Zalewem Zegrzyńskim nam nie przeszkadzał. Maluch brykał sobie po (prawie) zielnej trawce, wdrapywał się na wszystko, na co dało się wdrapać i zjeżdżał ze wszystkiego, co tylko chciało nieść z poślizgiem jego pupę. Nawet zwierzęta z mini zoo nie budziły w nim tak wielkiego zainteresowania, jak umieszczona na tyłach Karczmy drewniana konstrukcja, przypominająca roztrzaskany żaglowiec piracki. Dzięki niej w słowniku Młodego pojawiło się kilka nowych słów.
- Mamu TO! – krzyczy Mały i przedziera się przez zapadające w zimowy sen rośliny, otaczające niedyży plac zabaw na tyłach Karczmy.
- To jest statek – odpowiadam, uśmiechając się do tyłu oddalającej się szybko głowy Malucha.
- Statek!!! Tam, ja, szybko – wyrzuca z siebie i już pędzi po bruku na złamanie karku.
- To nie statek – prostuje moja przyjaciółka O. – To żaglowiec – piracki żaglowiec!
Młody staje i patrzy na nas przeciągle.
- Mama, to alowiec! Acki, żlowiec! – z poważną miną poucza mnie moje dziecko, po czym tup, tup, tup wspina się po nieregularnej drabince, prowadzącej na pochylony na lewą burtę „wrak”. Jeszcze trzy miesiące temu, musiałam mu pomagać, a teraz… teraz nadążyć za nim nie mogłam. Wszędzie było go pełno, a najwięcej przy kole sterowym. Nie wypuszcza go z rąk, do momentu, jak uderzył się w nos rumbem – Witamy na pokładzie Majtku!




O. natychmiast wymyśliła zabawę w szukanie skarbu, który wypłynął z wraku (dookoła konstrukcji, lekko zakopane, stały drewniane para-skrzynie, imitujące uwolnione z ładowni kufry). o. stanęła tuż przy Młody i krzyczy co sił w płucach:
- Panie Kapitanie, Panie Kapitanie! Statek tonie! Trzeba uciekać i ratować skarby w skrzyniach!
Dopiero się zaczęło! Mały biegał po roztrzaskanym pokładzie próbując zejść jak najszybciej do „tonących” skrzyń i krzyczał, jakby rzeczywiście walczył z falami i nasilającym się wiatrem:
- Mamaaaaa, statek! Tonie! Skrzynie tam! Ratować! Mama!!! Maaaaaaaaama!! Ratować skrzynie!!! Plosie!
Biegaliśmy i my, próbując uratować „odpływające” skarby. No, ale jak tu uratować zakopaną w ziemi skrzynie? Nie dało się jej podnieść, nie dało się jej przesunąć, nie dało się jej otworzyć. Zostało tylko jedno.
- Panie Kapitanie – będę jej pilnować, żeby nie zatonęła aż znajdziemy ląd! – krzyknęłam sadowiąc się na skrzyni i rozglądając dookoła z dłonią nad oczami w poszukiwaniu linii brzegowej najbliższej wyspy.

Radosny nastrój Młodego udzielił się nam wszystkim, wspinaliśmy się, wieszaliśmy na linach a Szanowny M. z radością oddawał się wspomnieniom na huśtawce, O. natomiast zaczęła od abordażu na tonącą kryptę Młodego, a skończyła na jednej z najbardziej znanych scen z „Titanica”. Tak, tak tej na dziobie ;-) z wiatrem i słońcem na twarzy oraz ramionami gotowymi do odlotu. Ja tarzałam się po piasku robiąc im wszystkim zdjęcia  i oczywiście pilnując skrzyni.

Morskie przygody tak nas zmęczyły, że zapragnęliśmy odrobiny ciepłą przy ognisku, a Młody zażądał wołu z kopytami i porcją frytek – Mama, ja mniam, mniam. Duuuuuuuużo!!! - taki był głodny. Co prawda wołu nie było, ale dostał talerz rosołu i rzeczywiści solidną porcję frytek, którą zjadł sam, nie oddał nam ani kawałka ;-) My, ponieważ nie było grogu ;-), zadowoliliśmy się herbatą z konfiturą z malinami, mniam, zapomniałam, jakie to może być dobre.


Blueme
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz