środa, 9 stycznia 2013

Między oczy

Idealnie obrazuje sytuację ;-) 
Stuk, stuk, stuk. Stukot dobiega z przedpokoju, a ja czuję jak podnosi mi się ciśnienie krwi. Znowu?! Do pokoju wkracza Maluch, trzymając w rekach kije do Nordic Walking. Stuk, stuk, stuk. Bardzo staram się powstrzymać, ale już wiem, że po piątej prośbie aby je odłożył, zapory powstrzymujące mój gniew są nadwyrężone i mogą nie powstrzymać nadchodzącej fali złości.
- Odłóż to na miejsce! Tam skąd wziąłeś! PROSZĘ! – mówię do Młodego najspokojniej jak potrafię, ale nic nie zmieni faktu, że jestem zła, jak szarżujący byk. Nawet nie wiem, co mnie tak zdenerwowało, ale mój głos oscyluje w górnych rejestrach, a i liczba decybeli znacząco wzrosła, aż ożywiła się czujka od alarmu. Młody ani drgnie. Patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczyma i z pełnym przekonaniem mówi:
- Ja będę trzymał.
- Nie chce żebyś trzymał! Chce żebyś je odłożył! To są moje kijki! Są mi potrzebne i nie zgadzam się, żebyś się nimi bawił! – prawie skanduję, starając się jednoczenie głęboko oddychać. Wdech, wydech, wdech, wydech, wrrrrrrrrrrrrrrr!
- Będę trzymał Mamu – powtarza niezrażony Maluch, a ja widzę, jak te prawie półtorametrowe „trzymane kijki” wędrują po stoliku, zrzucając wszystko, co jest wyższe niż 2 cm, niebezpiecznie prześlizgują się po ścianie, aby po chwili w dwóch miejscach przypomnieć nam o kolorze tynku pod warstwą farby, zahaczają o moją głowę i lądują w niebezpiecznie bliskiej odległości od dopiero co napełnionego nocnika.
- Oddaj mi je! Natychmiast! – krzyczę, już nawet nie udaję, że trzymam nerwy na wodzy. Wyciągam rękę w stronę Młodego i czekam. Niechętnie, widząc jednak moją determinację, Mikrob wyciąga przed siebie MOJE kijki i cofa się. Łapię je w locie, jednak tak nieudolnie, że jeden z kijków omija zaciskające się palce dłoni i z gracją przypisaną tylko długim i sztywnym pałąkom ląduje końcem z uchwytem w nocniku.


Cisza.
- Widzisz co zrobiłeś?! Teraz jest mokry i brudny! Mówiłam, żebyś ich nie ruszał! – zero hamulców w ekspresji oralnej. Wyciągam mokry kijek z nocnika i podnoszę się z miejsca. Odniosę je. Trudno. W drzwiach dobieg mnie cichy głos Młodego.
- Mamu, to nie ja. To ty Mamu.
Jak to ja? To ty przyniosłeś kijki, to ty się niemi bawiłeś, to ty wszystko pozrzucałeś! To ty… - przebiega mi z prędkością światła przez głowę i już, już mam się odezwać, wylać cały ten żal, ale coś mnie powstrzymuje. Instynkt? A może prawda ciśnięta mi między oczy, przez mojego trzylatka? Przez chwilę musiałam wyglądać, jak Goliat po oberwaniu kamieniem od Dawida. Zdziwienie, niedowierzanie i świadomość końca, w moim przypadku końca złości.
- Masz rację, to była moja wina, przepraszam – podchodzę do Malucha, przyklękam i wyciągam ramiona. Nie zdziwiłabym się gdyby nie podszedł, ja bym nie podeszła do siebie, po tym, co pokazałam. A on podchodzi i ufnie wtula się we mnie. Na chwilę. Po chwili już biegnie do swojego pokoju i słyszę wysypywane na podłogę kredki i rozjeżdżający je samochód. A we mnie nie ma już nawet cienia złości, jest tylko wstyd. Obiecałam sobie, że będę z Młodym zawsze szczera, że będę sprawiedliwa, że nie będę robiła awantur o drobiazgi (o pobrudzone ubranie, rozrzucone jedzenie, o gorszy dzień, o zmęczenie), że nigdy nie przeniosę na niego swojego zmęczenia, stresu, frustracji itp. zdarzających się wszystkim stanów. I co? I okazało się, że egzamin praktyczny zawaliłam, a najlepsze co mogę zrobić, to POSTARAĆ SIĘ BYĆ: szczera, sprawiedliwa … Mam dobrego nauczyciela. Myślicie, że wystarczy?

Blueme

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz