| Idealnie obrazuje sytuację ;-) |
- Odłóż to na miejsce! Tam skąd
wziąłeś! PROSZĘ! – mówię do Młodego najspokojniej jak potrafię, ale nic nie
zmieni faktu, że jestem zła, jak szarżujący byk. Nawet nie wiem, co mnie tak
zdenerwowało, ale mój głos oscyluje w górnych rejestrach, a i liczba decybeli
znacząco wzrosła, aż ożywiła się czujka od alarmu. Młody ani drgnie. Patrzy na
mnie tymi swoimi niebieskimi oczyma i z pełnym przekonaniem mówi:
- Ja będę trzymał.
- Nie chce żebyś trzymał! Chce
żebyś je odłożył! To są moje kijki! Są mi potrzebne i nie zgadzam się, żebyś
się nimi bawił! – prawie skanduję, starając się jednoczenie głęboko oddychać. Wdech,
wydech, wdech, wydech, wrrrrrrrrrrrrrrr!
- Będę trzymał Mamu – powtarza
niezrażony Maluch, a ja widzę, jak te prawie półtorametrowe „trzymane kijki”
wędrują po stoliku, zrzucając wszystko, co jest wyższe niż 2 cm , niebezpiecznie
prześlizgują się po ścianie, aby po chwili w dwóch miejscach przypomnieć nam o
kolorze tynku pod warstwą farby, zahaczają o moją głowę i lądują w
niebezpiecznie bliskiej odległości od dopiero co napełnionego nocnika.
- Oddaj mi je! Natychmiast! – krzyczę,
już nawet nie udaję, że trzymam nerwy na wodzy. Wyciągam rękę w stronę Młodego
i czekam. Niechętnie, widząc jednak moją determinację, Mikrob wyciąga przed
siebie MOJE kijki i cofa się. Łapię je w locie, jednak tak nieudolnie, że jeden
z kijków omija zaciskające się palce dłoni i z gracją przypisaną tylko długim i
sztywnym pałąkom ląduje końcem z uchwytem w nocniku.
- Widzisz co zrobiłeś?! Teraz
jest mokry i brudny! Mówiłam, żebyś ich nie ruszał! – zero hamulców w ekspresji
oralnej. Wyciągam mokry kijek z nocnika i podnoszę się z miejsca. Odniosę je.
Trudno. W drzwiach dobieg mnie cichy głos Młodego.
- Mamu, to nie ja. To ty Mamu.
Jak to ja? To ty przyniosłeś
kijki, to ty się niemi bawiłeś, to ty wszystko pozrzucałeś! To ty… - przebiega
mi z prędkością światła przez głowę i już, już mam się odezwać, wylać cały ten
żal, ale coś mnie powstrzymuje. Instynkt? A może prawda ciśnięta mi między
oczy, przez mojego trzylatka? Przez chwilę musiałam wyglądać, jak Goliat po oberwaniu
kamieniem od Dawida. Zdziwienie, niedowierzanie i świadomość końca, w moim
przypadku końca złości.
- Masz rację, to była moja wina,
przepraszam – podchodzę do Malucha, przyklękam i wyciągam ramiona. Nie
zdziwiłabym się gdyby nie podszedł, ja bym nie podeszła do siebie, po tym, co
pokazałam. A on podchodzi i ufnie wtula się we mnie. Na chwilę. Po chwili już
biegnie do swojego pokoju i słyszę wysypywane na podłogę kredki i rozjeżdżający
je samochód. A we mnie nie ma już nawet cienia złości, jest tylko wstyd.
Obiecałam sobie, że będę z Młodym zawsze szczera, że będę sprawiedliwa, że nie
będę robiła awantur o drobiazgi (o pobrudzone ubranie, rozrzucone jedzenie, o
gorszy dzień, o zmęczenie), że nigdy nie przeniosę na niego swojego zmęczenia,
stresu, frustracji itp. zdarzających się wszystkim stanów. I co? I okazało się,
że egzamin praktyczny zawaliłam, a najlepsze co mogę zrobić, to POSTARAĆ SIĘ
BYĆ: szczera, sprawiedliwa … Mam dobrego nauczyciela. Myślicie, że wystarczy?
Blueme
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz