Nie jest tym wymarzonym, ani w
kolorze, ani w formie. Nie pasuje do niczego, co go otacza ani stylem, ani
kolorem. Jest: duży. Kupiony w IKEA po przecenie.
Jak zwykle w moim domu, miał być
„przejściowy”, do czasu, aż stanie taki, jaki widziałam oczami wyobraźni:
masywny, o lekko rzeźbionych nogach, ciemnomiodowy, z drewna egzotycznego, z
pięknymi, głębokimi sękami, popękany, tu i ówdzie odłupany, trochę jakby
zmęczony życiem rodzinnym lecz dzielne stawiający czoła kolejnym wyzwaniom
codzienności. Przy każdej wizycie w Almii Decor oglądałam i oglądam stoły.
Dotykam ich zmarszczek, czasami opuszkami palców sprawdzam nierówności po
zgrabnie usuniętej farbie i choć w ciągu ostatnich lata zmieniłam co najmniej trzy
razy preferencje kolorystyczne, to miłość i zachwyt, jakie okazuję tym pięknym
sprzętom, nie mijają. Szanowny M., gdy próbuję przełknąć powietrze, na widok
kolejnego stołu, który ktoś nieopatrznie postawił na mojej drodze, już tylko
wzdycha głęboko i nawet nie patrzy. Wie, że spędzę na dotykaniu, wąchaniu i
wyobrażaniu sobie kolejne kilkanaście minut. Czasami stoję jak zaczarowana.
Widzę stół w naszej jadalni, czuję bijące od niego ciepło i miękkość, widzę
mijające lata, Młodego układającego puzzle, rysującego pierwsze ludzkie postaci
z przykrótkimi nóżkami, odrabiającego lekcje, wycinającego pierniczki,
budującego makiety, uczącego się do matury, widzę, jak zbiera się przy nim cała
rodzina i niepostrzeżenie powierza mu ciężar nie tylko ganionych przez savoir-vivre łokci, ale także ciężar codziennych
spraw. Widzę moje przyjaciółki poklepujące się po dłoniach i ustalające
kierunek kolejnej szalonej wyprawy, rozrzucone mapy, zapisane na skrawkach numery
telefonów, zmięte rachunki. Widzę zmieniające się ozdoby, kwiaty i zastawy. W
ciągu kilku chwil przeżywam całe życie, budując je dookoła stołu, który jest,
jak członek rodziny, nie może wykluczyć go z codzienności, nie może stać
nieużywany.
Przez ostanie kilka lat widok
kolejnego, pięknie wykonanego stołu, powodował we mnie bunt i bezsilną złość, był
bowiem i jest dla mnie finansowo nieosiągalny. Wracałam więc do domu
sfrustrowana i patrzyłam na TO, co stoi w jadalni, nie muszę chyba dodawać, że
patrzyłam nieprzychylnym okiem… Do czasu. Co było bowiem kwintesencją mojego
zachwytu kolonialnymi cudami w Almii Decor? Poza formą, oczywiście. Mianowicie
imitacja zapisu, we wszystkich zamierzonych niedoskonałościach drewna, długiej,
kilkupokoleniowej, rodzinnej historii. Kiedy po raz kolejny, stojąc w jadalni,
patrzyłam na nieistniejący, a może istniejący tylko w mojej wyobraźni, stół,
zobaczyłam na ikeowskiej prostej i jasnej formie, zajmującej miejsce DOCELOWEGO
STOŁU, rysę, a zaraz obok niej drugą. Poczułam uderzenie krwi. Do jasnej
cho…ry!!!! Czy nic nie może zostać niezniszczone w tym domu????!!!! I nagle
oprzytomniałam. Pochyliłam się niżej i zaczęłam przyglądać się dokładniej
blatowi z brzozowej okleiny. Po lewej stornie (patrząc od kuchni) odnalazłam
odciśnięte wzory foremek do pierniczków, pamiątkę po przedświątecznym spotkaniu
z dziewczynami, na wprost, u szczytu, gdzie Młody uczył się jeść i gdzie codziennie
siada z nami do posiłków, wypatrzyłam wzory powybijane jego małym widelcem. Po
drugiej stronie, tam gdzie zazwyczaj siada Szanowny M. odkryłam natomiast odciśnięty
w miękkiej okleinie pełny opis choroby Młodego sprzed roku, wraz z nazwami
leków, podanymi na recepcie (lekarz miał dość ciężką rękę), w tym samym miejscu
widać głębokie rysy po pierwszych rysunkach Malucha. Widać też gdzie siada mój
Tata, bo bransoletka zegarka ozdobiła brzegi blatu nierównym wzorkiem nacięć.
Tych znaków jest tam wiele więcej.
Przez długi czas czytałam nasz stół, jak mapę po przeszłości i przypominałam
sobie poszczególne spotkania, wydarzenia, charakterystyczne zachowania
przyjaciół i członków rodziny i już wiedziałam, że choć do niczego nie pasuje,
ten stół z nami zostanie, bo doskonale wpasował się do naszej rodziny.
Blueme

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz